Durszlak.pl
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

zBLOGowani.pl

Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
piątek, 01 września 2017
Przez Rohacze - Tatry Słowackie

                            Uwierzycie, że w tym roku nie byłam jeszcze w Tatrach? Ja sama nie dowierzam i zastanawiam się dlaczego. Na szczęście to się wkrótce zmieni, bo we wrześniu zaplanowałam sobie weekend właśnie w Tatrach. Póki co przeglądam zdjęcia z ostatnich lat i wspominam wakacyjne wędrówki. I tak właśnie mi się przypomniało, że miałam przygotować dla was relację z naszej wyprawy na Rohacze. Zdjęcia ze szlaku czekają na to już od dwóch lat. Dziś jest idealny dzień na nadrobienie takich zaległości. Tak więc zapraszam na wycieczkę!

Na Rohacze wybraliśmy się z Witowa, a dokładniej z Płazowianki w której nocowaliśmy. Przed nami było kilkanaście godzin (zgodnie z mapą ponad 16h!) wędrówki więc wyszliśmy jeszcze przed świtem. Wschodzące słońce nad Siwą Polaną to jeden z piękniejszych widoków jakie było dane mi ujrzeć. Droga przez Dolinę Chochołowską upłynęła nam szybko i przyjemnie. Jeszcze tylko śniadanie na Polanie Chochołowskiej i kierujemy się na szlak prowadzący na Wołowiec. 

Podejście na Wołowiec. Tak wcześnie rano niewielu ludzi można spotkać na szlaku, a kozicę owszem:)

Przed nami Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy. Robią wrażenie, prawda? Ja zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Będąc rok wcześniej na Wołowcu już wiedziałam, że Rohacze będą następnym celem. I tak też się stało:)

Schodzimy z Wołowca i kierujemy się w stronę pierwszego z Rohaczy. 

 Początkowo jest łatwo, szlak nie jest bardzo stromy, podchodzimy spokojnym tempem. 

Pierwszy łańcuch. Tutaj zaczynają się trudności. Jest trochę bardziej stromo, ale przejścia ubezpieczone są łańcuchami. 

I najtrudniejszy fragment szlaku, wiele się o nim naczytałam i nieco się go bałam. Koń Rohacki. Jest stromo, nawet bardzo, bo szlak prowadzi granią, a w dole przepaść. Nie ma jednak problemów z odnajdywaniem stopni i chwytów. Poza tym jest łańcuch. Choć tutaj wolę jednak polegać na skale. 

Koń Rohacki za nami, już po chwili jesteśmy na szczycie. Nie zatrzymujemy się na długo, czas nas goni. Przechodzimy przez Rohacz Ostry i schodzimy w dół. Zejście jest strome i bardzo wymagające. Są ubezpieczenia w postaci łańcuchów, ale schodzimy powoli i w skupieniu. 

Schodzimy z Rohacza Ostrego i kierujemy się w stronę Rohacza Płaczliwego. Tutaj podejście jest znacznie łatwiejsze, nie ma już łańcuchów. Na szczycie robimy krótką przerwę i ruszamy dalej. Czeka nas jeszcze bardzo długie zejście. 

Tutaj widać już Smutną Przełęcz i szlak zejściowy do Smutnej Doliny. Jeszcze kawał drogi przed nami. 

Schodzimy do Smutnej Doliny. Szlak jest dość łagodny i bardzo przyjemny. Smutna Dolina jest przepiękna i trochę przypomina mi naszą Dolinę Pańszczycy. Na swojej drodze prawie nie spotykamy innych ludzi. Nie ma tu tłumów takich jak w po naszej stronie Tatr. Jest cisza i spokój. 

Droga przez Smutną Dolinę zajmuje nam nieco ponad godzinę. Dochodzimy do Tatliakowej Chaty zwanej inaczej bufetem Rohackim. Odpoczywamy dłuższą chwilę. Teraz czeka nas ponowne wejście na Rakoń, dalej kierujemy się na Grzesia i zaczynamy zejście do Doliny Chochołowskiej. Do Płazowianki docieramy po 19, bardzo zmęczeni, ale jakże szczęśliwi. 



czwartek, 16 lutego 2017
Zimowy Turbacz

                            Zabiorę was dzisiaj kochani na wycieczkę do pięknej, bajkowej krainy, w której miałam okazję spędzać ubiegłą sobotę. Będzie to Turbacz, najwyższy szczyt pasma Gorce. Wysokość raczej niewielka, bo to zaledwie 1310m n.p.m. Jednak lokalizacja góry sprawia, że ze szczytu Turbacza rozciągają się przepiękne widoki.  Między innymi na Babią Górę. Tuż poniżej szczytu znajduje się schronisko PTTK. Z tarasu przed wejściem do budynku podziwiać możemy całą panoramę Tatr, zarówno Bielskich, Wysokich jak i Zachodnich.

Naszą wycieczkę na Turbacz rozpoczęliśmy w Nowym Targu. Dokładniej w dzielnicy Kowaniec, skąd prowadzą na szczyt dwa szlaki - żółty i zielony. Szlak żółty nieco dłuższy, bardziej łagodny, niezwykle malowniczy, z pięknymi widokami. Tym szlakiem wchodziliśmy na szczyt. Szlak zielony krótszy, ale bardziej stromy, z przepiękną panoramą Tatr. Tą drogą schodziliśmy.

Początek żółtego szlaku, tuż powyżej ostatnich zabudowań.

Cudowny widok na Tatry, w tym na Gerlach i Świnicę, poznajecie?


Babia Góra z tej perspektywy wygląda jak Kilimandżaro:)

Widoki ze szczytu!

Schronisko PTTK Turbacz. Ważna informacja dla zwierzolubów. Na wszystkie szlaki prowadzące na Turbacz możemy wejść z psem. Co więcej psiaki mają wstęp wolny także do schroniska, a nawet do tutejszej restauracji.

Powrót do Nowego Targu szlakiem zielonym.


Piękne widoki, prawda? Bardzo urokliwe miejsce. Szlaki są bajkowe, bardzo malownicze, a przy tym niewymagające, właściwie dla każdego. Polecam na weekendową wycieczkę.

czwartek, 06 października 2016
Jesienne Tatry

                           Zawsze chciałam zobaczyć Tatry jesienią. W tym roku wreszcie się to udało. Ubiegły weekend, a właściwie tylko sobotę, spędziłam w górach. Jako cel wybrałam szlak, który o tej porze roku jest najpiękniejszy. Weszliśmy więc od Kuźnic na Kasprowy Wierch, dalej przez Goryczkową Czubę i Kopę Kondracką aż na Czerwone Wierchy. Było przepięknie. Tych widoków nie da opisać się słowami. Tatry w barwach jesieni są niesamowite. Jak się później okazało, to była ostatnia tak piękna jesienna sobota w Tatrach. Dzisiaj góry jak i nawet Zakopane pokryte są już warstwą białego puchu.

Mam dla was sporo zdjęć, ale pamiętajcie że one nie oddają całego uroku. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy.

Szlak na Kasprowy Wierch, widoki z poziomu Myślenickich Turni.

Poniżej widoki już z Kasprowego Wierchu.

Tutaj widoki ze szlaku przez Goryczkową Czubę i Suche Czuby, aż do Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Dojście do Przełęczy pod Kopą Kondracką i podejście na szczyt.

Zejście z Kopy Kondrackiej i podejście na Małołączniak, a dalej Krzesanica.

Ściana Krzesanicy.

Słynne kopczyki na Krzesanicy.

Widok na ostatni z Czerwonych Wierchów - Ciemniak.


Zejście z Ciemniaka przez Chudą Przełęcz do Doliny Kościeliskiej.



wtorek, 18 listopada 2014
Mięguszowiecka Przełęcz Pod Chłopkiem, czyli nie taki diabeł straszny!

                       Tegoroczny sezon w Tatrach nie należał do najbardziej udanych. Pogoda nie sprzyjała górskim wycieczkom. Praktycznie całe lato było deszczowe i burzowe. My do końca mieliśmy nadzieję, że może akurat podczas naszego pobytu pogoda się zmieni. Planów było przecież całe mnóstwo. Szybko jednak wróciliśmy na ziemię, gdy już pierwszego dnia powitała nas burza. Plany z dnia na dzień ulegały korekcjom. Jeden cel był jednak niezmienny, Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem. Ostatni, nieprzetarty przez nas szlak w Tatrach Wysokich, po stronie polskiej oczywiście.

Szlak owiany wielką tajemnicą. Najtrudniejszy, niebezpieczny i ogólnie nie do przejścia dla zwykłych ludzi, takich jak my. O opowieściach na temat słynnej galeryjki już nawet nie wspomnę . Nic dziwnego więc, że to właśnie ten szlak zostawiliśmy sobie na sam koniec. Zmierzyliśmy się już ze słynnymi "pionowymi ścianami" Kościelca, drabinką na Orlej Perci czy szczeliną na Granatach. Czas najwyższy więc na Przełęcz pod Chłopkiem.

Nie pozostawało nam więc nic innego jak tylko czekać na odpowiednią pogodę. I doczekaliśmy się. Prognozy wprawdzie były niepewne, ale postanowiliśmy zaryzykować. Nasz plan był prosty, idziemy tak daleko jak tylko warunki nam pozwolą. Jeśli pogoda się załamie, bezwarunkowo wracamy. Wstaliśmy więc bardzo wcześnie rano i jak zwykle wyszliśmy z Małego Cichego na główną drogę, by złapać jakiś transport do Palenicy. Długo czekać nie musieliśmy. Już po chwili zatrzymał się samochód, a w nim przemiła para tatromaniaków (kto wie, może to teraz czytają, więc pozdrawiam serdecznie!). Droga minęła błyskawicznie i już kilkanaście minut później co sił w nogach pędziliśmy do Morskiego Oka. W efekcie pod schroniskiem byliśmy kilka minut po godzinie 8. Aktualne prognozy w schronisku zapowiadały pewne warunki do godziny 15. To się może udać, pomyśleliśmy i po krótkiej przerwie popędziliśmy już dalej, aż do Czarnego stawu.

Morskie Oko, godzina 8 rano. Cisza, spokój, dzień zapowiada się cudownie!

Nad Czarnym Stawem skręcamy w prawo, wchodząc na szlak zielony. I tutaj nasze tempo zdecydowanie zwalnia. Szlak jest bardzo prosty, ale dość męczący. Wchodzimy po skalnych stopniach wśród kosodrzewiny. I tak przez jakieś kilkanaście minut.

Następnie skręcamy w lewo i przez rumowiska skalne zmierzamy pod ścianę Kazalnicy. Trawersujemy zbocze i dochodzimy do żlebu, w którym czeka na nas trochę wspinaczki. Wkrótce osiągamy Kocioł Mięguszowiecki, czyli tzw. "Bańdzioch". Pogoda nadal się utrzymuje. Widoki są cudowne. A najważniejsze jest to, że na szlaku jesteśmy sami! Dopiero gdzieś w oddali widać sylwetki ludzi.

Obchodzimy następnie kocioł, zbliżając się do nieco trudniejszego odcinka. Tutaj szlak biegnie przez rynny skalne, które jednak są tak dobrze wyrzeźbione, że wspinaczka nie sprawia nam najmniejszego problemu. Wkrótce docieramy do jednego z bardziej charakterystycznych odcinków na szlaku. Mianowicie wąskiej ścieżki nad przepaścią. Jednak po pierwsze ścieżka nie jest aż tak wąska, a po drugie jest ubezpieczona dwoma klamrami.

Dalej szlak biegnie dość stromo w górę. Nie ma tutaj łańcuchów, do których przyzwyczaiła nas Orla Perć, jedyne ubezpieczenia to kilka klamer. W niczym to jednak nie przeszkadza. Na tym etapie wspinaczka jest naprawdę przyjemna. Po chwili wychodzimy na ścieżkę, która prowadzi nas na sam wierzchołek Kazalnicy Mięguszowieckiej. I tutaj widoki zapierają dech w piersiach. W dole Morskie Oko i Dolina Rybiego potoku. Przed nami masywne ściany Mięguszowieckich Szczytów. Rysów podziwiać niestety nie możemy, gdyż chmury które już od jakiegoś czasu kłębiły się na niebie, właśnie postanowiły zejść niżej. Nie były to jednak chmury deszczowe, dlatego postanowiliśmy iść dalej.

Z Kazalnicy kierujemy się w stronę Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego. Przechodzimy krótki odcinek graniowy i wchodzimy na słynną galeryjkę. Szlak jest dość mocno eksponowany. Jednak nie aż tak wąski, jak wcześniej czytaliśmy.


Odcinek prowadzący granią Kazalnicy.

Idziemy trawersując zbocze Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego. I tutaj po raz kolejny wspinamy się rynną. W tym miejscu szlak jest trochę bardziej wymagający, a wspinaczka nieco trudniejsza. Głównie dlatego, że nie ma tu sztucznych ułatwień, polegać możemy tylko na skale i swoich mięśniach, które w tym momencie są już bardzo zmęczone. Co jakiś czas stajemy więc na chwilę by złapać oddech i dać odpoczynek mięśniom. Do przełęczy już nie daleko. W drodze do celu czeka nas jeszcze jedno przejście nad przepaścią. Po czym prosta ścieżka wyprowadza nas już na samą przełęcz.

słynna galeryjka


Z pięknych widoków nici. Odpoczywamy siedząc w gęstej mgle. Co jakiś czas to z jednej, to z drugiej strony odsłaniają się widoki. Nawet chłopek czasami na nas zagląda. Tylko do zdjęć pozować nie chce i zasłania się chmurami. Mimo wszystko satysfakcja jest ogromna. Tylko ja jestem trochę zawiedziona. Wyruszając na tą wyprawę byłam przygotowana na naprawdę mocne doznania. Tymczasem nie było ani jednego momentu, w którym bym się bała, albo który sprawiłby mi choć minimalne trudności. No cóż, to chyba kwestia nastawienia. Najwidoczniej za dużo naczytałam się o tym szlaku. 

Jest i chłopek:)


Na przełęczy nie zostajemy długo. Wracamy póki pogoda sprzyja. I tak naprawdę dopiero przy zejściu doceniam trudności na tym szlaku. Zejście po łańcuchach to nic trudnego. Tylko, że tutaj ich nie ma. Dlatego też zejście wymaga trochę więcej skupienia i uwagi. I naprawdę nie wyobrażam sobie schodzenia w deszczu. Na Kazalnicy tym razem robimy sobie dłuższą przerwę. Czas na zdjęcia, na które zabrakło czasu przy wejściu.

Dalej już się nie spieszymy. Co prawda w okolicy Morskiego Oka chmury zaczynają straszyć bardziej, ale już nam nie zależy. Plan wykonaliśmy. Ostatecznie padać zaczyna dopiero ok.20, gdy już spokojnie odpoczywamy w pokoju.

Podsumowując, szlak nie tak straszny jak go opisują. Choć, przynajmniej dla mnie, bardzo męczący. Jak już pisałam prawie nie ma tu sztucznych ułatwień. Jest natomiast wiele miejsc wymagających umiejętności wspinaczki i silnych mięśni. Jest również kilka miejsc bardzo eksponowanych. Żeby jednak było jasne, to z pewnością nie jest szlak dla początkujących. Nam nie sprawił trudności tylko dzięki naszemu doświadczeniu. Poza tym jest to szlak, który do bezpiecznego przejścia wymaga dobrych warunków pogodowych. Wycieczki w deszczu stanowczo odradzam. Doświadczenie w Tatrach zdobywajcie stopniowo, początkowo od najprostszych szlaków. Kończąc (nigdy inaczej) na Orlej Perci i tak jak my, Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem.

Dla nas to był pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz na tym szlaku. Jestem pewna, że jeszcze tam wrócimy, choćby dla widoków które nas ominęły.


wtorek, 19 sierpnia 2014
Gdy pogoda nie pozwala wyjść w góry

                    Witajcie! Wakacje na Podhalu, jak co roku zresztą, udały się znakomicie. I mimo, że pogoda nie sprzyjała wycieczkom górskim, nie nudziliśmy się. Kilka tras udało się zaliczyć. Między innymi Mięguszowiecką Przełęcz Pod Chłopkiem, a na tym najbardziej mi zależało. Wokół tego szlaku krąży wiele mitów, chyba nawet więcej niż w przypadku Orlej Perci. W najbliższym czasie postaram się choć kilka z nich obalić. Możecie więc liczyć na relację z wyprawy i piękne zdjęcia. A póki co, pokażę wam co robiliśmy gdy pogoda nie pozwalała na dalekie górskie wycieczki.

Atrakcji nie trzeba było szukać daleko. A dokładnie tuż za domem naszej gaździnki znaleźliśmy piękne krzaki malin, uginające się od owoców. Nawet trochę jagód się znalazło. Raj na ziemi. Maliny przepyszne, inne niż te z działki, o głębokim aromacie. W krótkim czasie nazbieraliśmy całą miskę.

A z malin zrobiłam deser. Najprostszy z możliwych. Biszkopty, nasączone wodą z mlekiem, krem ze "śnieżki" i galaretki cytrynowej, maliny w galaretce truskawkowej, śmietanka i jagody. Wyszło nam tak wiele porcji, że jedliśmy przez następne trzy dni. A smakowało, że hej!

Jak co roku, ukochane zwierzaki, zawsze po obiedzie, czekały na małe co nieco. Na zdjęciach Wiki i Jasiu, ale było ich więcej.

Deszcz i chmury "wygoniły" nas z Hali Gąsienicowej, ale za to w Kuźnicach mogliśmy oglądać przejazd całego peletonu Tour De Pologne.

 A po deszczu, piękny zachód słońca.


I tęcza, słabo widoczna, ale przypatrzcie się dobrze.

Wycieczka do Bukowiny Tatrzańskiej. Piękne widoki. Bardzo ładne miejsce, ale my jednak wolimy nasze Małe Ciche.


I przeurocze baranki i małe kozy przy bacówce.

Więcej zdjęć wkrótce, przy opisie poszczególnych szlaków.

 
1 , 2 , 3