Durszlak.pl
Akcja: Nie kradnij zdjęć!

zBLOGowani.pl

Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
czwartek, 16 lutego 2012
Oponki serowe

              Nie ma tłustego czwartku bez oponek serowych. Robimy je już od wielu lat, zawsze z tego samego przepisu. Co roku wychodzą przepyszne. Jedyną ich wadą jest to, że tak szybko znikają:) Koniecznie spróbujcie.


Składniki na ciasto (na ok 40 sztuk):

  • 40dag sera białego
  • 60dag mąki
  • 16dag cukru
  • 12 łyżek mleka
  • 12 łyżek oleju
  • pół paczki proszku do pieczenia
  • cukier waniliowy

Dodatkowo:

  • tłuszcz do smażenia (zużyłam 3 kostki smalcu)
  • cukier puder

Wykonanie:

Wszystkie składniki na ciasto umieścić w misce i zagnieść (w razie potrzeby można dolać odrobinę mleka). Rozwałkować ciasto na grubość ok 1 cm. Następnie wycinać oponki przy użyciu szklanki i np. kieliszka.

Smażyć na rozgrzanym tłuszczu z obu stron. Odsączyć. Po ostygnięciu posypać cukrem pudrem.

wtorek, 14 lutego 2012
Wafelki owocowe

                 Wafle robione w domu są najlepsze na świecie. Zawsze jednak robiłam je z kremem czekoladowym albo przekładałam kajmakiem. Wafelki owocowe to dla nas nowość. Robione na bazie galaretki, co sprawia że możemy dowolnie wybrać kolor i smak. Ja zrobiłam truskawkowe, ale teraz myślę że pomarańczowe też byłyby pyszne.

Rodzince bardzo zasmakowały. Ja chyba jednak wolę wafle tradycyjne. Mimo wszystko przepis wart wypróbowania. Polecam!

Składniki:

  • 200g margaryny
  • 0,5 szklanki cukru
  • 1 szklanka słodkiej śmietanki
  • galaretka truskawkowa
  • opakowanie wafli

Wykonanie:

W garnku umieszczamy margarynę i cukier. Podgrzewamy na małym ogniu do połączenia się składników. Następnie dodajemy śmietankę. Mieszamy. Na końcu (ciągle podgrzewając) wsypujemy galaretkę i mieszamy do rozpuszczenia.

Odstawiamy masę do wystudzenia. Gdy zacznie tężeć, przekładamy nią wafle. Następnie obciążamy wafle i pozostawiamy na kilka godzin (ja zwykle kładę na wafle deseczkę, a na nią garnek z wodą i tak zostawiam je na całą noc).

środa, 08 lutego 2012
Przesunąć horyzont, Martyna Wojciechowska

              Znacie już moje zamiłowanie do gór. Pisałam wam już też o moim ulubionym podróżniku, Wojciechu Cejrowskim. Do tego tematu na pewno będę jeszcze wracać.

Tymczasem dzisiaj chciałabym was zabrać w bardzo daleką podróż. Kilka dni temu skończyłam lekturę książki Martyny Wojciechowskiej, "Przesunąć Horyzont". Jestem nią zafascynowana. Czytałam już wcześniej książki znanej wam dziennikarki i podróżniczki. Jednak ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie.

źródło zdjęcia

W swojej książce Martyna Wojciechowska opisuje wyprawę Falvit Everest Expedition, która 18maja 2006 roku zdobyła najwyższy szczyt Ziemi.

Opowieść rozpoczyna się na Islandii, w 2004 roku. Dziennikarka i jej ekipa właśnie nakręcają materiał do kolejnego odcinka programu Misja Martyna. Wtedy też ma miejsce tragiczny wypadek samochodowy. Rafał, operator i najlepszy przyjaciel Martyny umiera na miejscu. Bohaterka zaś ze złamanym  kręgosłupem zostaje przewieziona do szpitala.

Po powrocie do Polski Martynę czeka ciężka i długa rehabilitacja. Bohaterka jest załamana, traci sens życia. Podczas pobytu w sanatorium często ogląda ona filmy dokumentalne z wypraw wysokogórskich. Tak wszystko się zaczyna.

"Kiedy jest tak bardzo, bardzo źle, to musisz przesunąć sobie horyzont. Nie możesz myśleć tylko o tym, że następnego dnia trzeba wstać i ćwiczyć, żeby dojść do jakiejś tam formy. Musisz spojrzeć na tyle daleko, żeby odzyskanie sprawności było tylko nic nieznaczącym etapem, bo prawdziwy cel leży znacznie dalej. A w zasadzie - wyżej..."

Od tego momentu głównym celem bohaterki jest zdobycie Góry Gór. Kobieta po dwukrotnym złamaniu kręgosłupa, po chemioterapii i dwóch operacjach stawia sobie takie wyzwanie. Myślicie, niemożliwe. Czyżby?

Autorka pisze także o swoich przygotowaniach do wyprawy. Pokrótce opisuje wejście na Mount Blank, Kilimandżaro, Aconcague.

Następnie przenosimy się do stolicy Nepalu, Katmandu. Autorka w zabawny sposób opisuje miasto i miejscową ludność. Ostatnie przygotowania dobiegają końca i ekipa wyrusza do bazy pod Everestem.

Tutaj rozpoczyna się walka z naturą i własnymi słabościami. Na tak dużej wysokości nawet niepozorne czynności są ogromnym wysiłkiem. Niezbędnym etapem poprzedzającym atak szczytowy jest aklimatyzacja. Jest to proces polegający na stopniowym przystosowaniu organizmu do warunków panujących na dużych wysokościach. Polega na wielokrotnym wspinaniu się do pewnej wysokości i schodzeniu niżej na odpoczynek.

Proces aklimatyzacji trwa bardzo długo, Martyna dokładnie opisuje każdy etap. Wreszcie rozpoczyna się oczekiwanie na okno pogodowe i atak szczytowy.

Jak już wcześniej pisałam, jestem zachwycona tą książka. Jedyną jej wadą jest to, że tak szybko się kończy. Przeczytałam ją w ciągu trzech wieczorów i teraz żałuję, że nie zostawiłam sobie na dłużej. Na temat wypraw wysokogórskich powstało już wiele filmów, książek, reportaży. Jednak "Przesunąć Horyzont" jest wyjątkowa. Martyna Wojciechowska opisuje wyprawę  z perspektywy zwykłego człowieka. Nie ukrywa swojego strachu i zmęczenia. Pisze o swoich smutkach i radościach, zaraża swoją pasją.

Mogłabym tak pisać jeszcze długo. Jednak na tym zakończę, resztę przeczytacie już sami. Gorąco polecam, nie tylko miłośnikom gór!

"Człowiek jest taką dziwną istotą, że ciągle chce czegoś więcej. Nie wystarcza mu to, że ma gdzie spać i co jeść, kochającą rodzinę i uporządkowane życie. Myśli, marzy i biegnie do czegoś nie do końca określonego. Chce odkrywać, poznawać, zdobywać cele jawiące się w jego wyobraźni. Nie wie do końca, po co i dlaczego".

Marek Kamiński, W drodze [w:] Korona Ziemi.

 

Mount Everest, Czomolungma, Sagarmatha, Góra Gór, 8848m n.p.m.

źródło zdjęcia

19:00, amaranthrose , książki
Link Komentarze (6) »
wtorek, 07 lutego 2012
Tort z bezą, kajmakiem i bitą śmietaną

          Już oficjalnie mogę się pochwalić. Zdałam wszystkie egzaminy i za tydzień zaczynam VI semestr. Czas płynie bardzo szybko, przecież jeszcze nie dawno byłam na pierwszym roku:)

Moja dzisiejsza propozycja to wytwór mojej wyobraźni. Ciasto jest bardzo słodkie, dokładnie takie na jakie miałam ochotę już od dawna. Kruchy spód z kajmakiem,a do tego beza i bita śmietana. Pycha!


Kruche ciasto:

  • 2 żółtka
  • 1 3/4 szklanki mąki
  • 100g margaryny
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżka kwaśnej śmietany

Z podanych składników zagnieść ciasto. Włożyć do zamrażalnika na 30minut (nie jest to konieczne). Następnie wyłożyć ciasto do natłuszczonej i obsypanej kaszką manną tortownicy o średnicy 26cm. Piec w temperaturze 1700 przez ok. 20minut.

Beza:

  • 3 białka
  • 125g cukru pudru
  • 0,5 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

Blachę do pieczenia wyłożyć papierem, na którym narysować okrąg o średnicy 26cm.

Białka ubić na sztywno. Dalej ubijając dodawać cukier, po łyżce, małymi porcjami (to bardzo ważne). Na końcu dodać skrobię i sok z cytryny, delikatnie wymieszać.

Masę wyłożyć na narysowane koło. Piec przez 1 godzinę w temperaturze 1400 przez 1 godzinę. Po upieczeniu studzić przy uchylonym piekarniku.

Bita śmietana:

  • 600ml kremówki
  • 3 usztywniacze do bitej śmietany
  • 2 łyżki cukru pudru

Schłodzoną kremówkę ubić z dodatkiem usztywniaczy i cukru pudru.

Dodatkowo:

  • 300g masy krówkowej

Złożenie ciasta:

  • kruche ciasto
  • masa krówkowa
  • bita śmietana
  • beza
  • bita śmietana

Wierzch ciasta polałam łyżką masy krówkowej upłynnionej przy pomocy odrobiny mleka.

 

00:06, amaranthrose , bezy
Link Komentarze (12) »
sobota, 04 lutego 2012
Nowy model Ferrari, F2012

                   Nie mogę jeszcze napisać, że sesja już za mną. Wyniki z genetyki dopiero w poniedziałek. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo szczęśliwa bo zdałam jeden z najtrudniejszych egzaminów. Notatki i książki z immunologii mogę już odłożyć w kąt. Nie będę jednak ukrywać, że nie rozstaje się z immunologią. Mam nadzieję, że kiedyś do niej powrócę. Bardzo mi się ten przedmiot spodobał, jestem nim zafascynowana. Myślę, że to nie koniec mojej przygody z immunologią.

Długo mnie nie było i uzbierało się sporo zaległości. Zastanawiam się od czego zacząć. W aparacie czeka mnóstwo zdjęć wypieków, które chciałabym wam pokazać. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale będą one musiały jeszcze chwilę poczekać.

W świecie Formuły1 znowu zawrzało, a to za sprawą pierwszych prezentacji bolidów na nadchodzący sezon. Za nami prezentacja zespołu Mclaren, Force India i Ferrari. Już jutro światło dzienne ujrzy bolid zespołu Lotus. Pojutrze zobaczymy bolidy zespołów Sauber, Red Bull i Toro Rosso. Natomiast 7 lutego Formuła1 powraca na tor, rozpoczynają się pierwsze testy w Jerez.

Największą sensację wzbudziła prezentacja nowego F2012 Ferrari. W nowym modelu wprowadzono wiele innowacyjnych rozwiązań i zastosowano wiele technicznych nowinek. Jako pierwszy rzuca się w oczy kwadratowy, zakrzywiony nos. Podobnie jak Caterham i Force India, Farrari zastosowało spory uskok na wysokości połączenia nosa i monokoku auta.

Kolejną nowością jest zawieszenie. W tym roku Ferrari zdecydowało się na zawieszenie typu pull-road, które od kilku lat stosuje między innymi zespół Red Bull. Różnica polega jednak na tym, że w F2012 rozwiązanie to zastosowano zarówno z przodu jak i z tyłu. Co ciekawe, taki rodzaj przedniego zawieszenia po raz ostatni na masową skalę był stosowany pod koniec lat 80. Jak pisze Mikołaj Sokół, ostatnimi bolidami z tak skonstruowanym zawieszeniem były Arrows A21 z sezonu 2000 i Minardi PS01 z sezonu 2001. 

Ponadto nowy model Ferrari wyposażony jest w niewielkie skrzydełka pod lusterkami. Natomiast nad głową kierowcy umieszczono podwójny wlot powietrza, który ma poprawić chłodzenie skrzyni biegów.

Należy zaznaczyć, że bolid który oglądaliśmy wczoraj na pewno jeszcze się zmieni. Już teraz zewsząd słyszymy krytykę nowego modelu Ferrari. Moim zdaniem wygląd nie jest najważniejszy. Podziwiam konstruktorów Ferrari za odwagę, której potrzebowali nie mało aby wprowadzić tak ryzykowne rozwiązania.

Na koniec przytoczę słowa głównego projektanta, Nicolasa Tombazis -

"Jeśli chodzi o mnie, brzydki samochód to taki, który nie wygrywa, a piękny to taki, który zwycięża. Chcę wierzyć, że to piękne auto, a zweryfikujemy to po pierwszych kilku wyścigach. Samochód bardzo się zresztą zmieni przed pierwszym startem. Pracujemy w tunelu aerodynamicznym i w biurze projektowym nad poprawkami aerodynamicznymi. Chcemy też przeprowadzić kilka bardzo ważnych eksperymentów podczas pierwszych testów, aby sfinalizować pierwszą konfigurację na wyścig."

źródło zdjęć

Przypominam, że to Grand Prix Australii zostało już tylko 6tygodni 20godzin i 23minuty:)


11:37, amaranthrose , Formuła1
Link Komentarze (3) »